Obrazek nagłówka

 

 

Był falstart, dlatego wrzucam tego posta w zmodyfikowanej wersji jeszcze raz. To nie będzie instrukcja szycia, tym razem będą historie w starym, dobrym stylu „zapisków projektanta, czyli tekstów dla wytrwałych”. Jedna o tym, co miało być (czyli wizyta w DD TVN i szycie skarpety na prezenty na żywo) a druga o tym dlaczego do tego nie doszło. Tym z was, którzy nie lubią moich opowieści odradzam czytanie posta. A tym, którzy chcą uszyć świąteczne skarpety podrzucam wskazówki:

Instrukcja szycia jest banalna:

  • wytnij formę skarpety ze złożonego na pół materiału, tak aby forma stykała się ze złożeniem tylną krawędzią skarpety (czyli tą po lewej stronie na powyższym zdjęciu).
  • rozłóż wyciętą formę – otrzymasz jakby dwie skarpety połączone na tej tylnej krawędzi. 
  • doszyj futerko do górnej krawędzi.
  • złóż całość z powrotem na pół i zszyj wierzchnią warstwę dookoła.
  • wytnij podszewkę w rozmiarze takim jak wierzchnia warstwa z doszytym futerkiem.
  • zszywamy podszewkę dookoła zostawiając otworek 10 cm.
  • skarpetę wywiń na prawą stronę, podszewkę pozostaw na lewej.
  • wsuń skarpetę do podszewki i zszyj górną krawędź futerka z podszewką, wsuwając między nie pętlę / uchwyt.
  • przewiń wszystko przez otwór w podszewce na prawą stronę i zaszyj dziurkę w podszewce.
  • wsuń podszewkę do skarpety i przymocuj ją szyjąc ręcznie w kilku miejscach. 
  • kolejność jest taka sama jak podczas zszywania torby z poprzedniego posta, tylko zamiast torby jest kształt skarpety (LINK) 

Mam nadzieję, że z tymi wskazówkami sobie poradzicie – to jest naprawdę banalna rzecz :) Życzę wam zatem udanej zabawy! A tych, którzy lubią poczytać zapraszam na dwie historyjki.

 

PIERWSZA 

Miała być szałowa kiecka a zamiast tego jest … SKARPETA! Ha ha ha! Czasem do najprostszych rzeczy dochodzi się długą drogą. Pierwotny plan był taki, abyśmy razem z Laurą, o której pisałem kilka postów wcześniej (LINK), zasiedli na kanapach studia Dzień dobry TVN i poopowiadali o naszym wspólnym szyciu. Potem miałem zejść do kawiarenki, gdzie zażyczono sobie abym pokazał telewidzom jak uszyć tiulówkę. No na zasadzie „wspólna zabawa dla mamy z córką by Lezniak”, no takie „spódnice na święta”. Szybko jednak uświadomiłem ekipie DDTVN, że tiulówka to zabawa na kilka godzin i że ja rozumiem, że telewizja, że blichtr, że można ciutkę naginać rzeczywistość. Jednak mówienie telewidzom, że uszyłem ją na miejscu, byłoby nie naginaniem, ale totalnym przeginaniem rzeczywistości.

Przeszliśmy zatem do planu nr 2 (i ten był moim ulubionym). Chodziło o to, abym mógł pokazać moją nową książkę „Jak szyć spódnice i sukienki” więc zaproponowałem, że uszyję coś, co do książki nawiąże.

 

 

– Ale wiesz Janku, to ma być świąteczne.

– No pewnie, że będzie! Uszyjemy szałową spódnicę do kolacji wigilijnej!

Zaalarmowałem moją naczelną muzę i stylistkę w jednym, czyli Marysię, wygrzebałem przecudną, cienką, granatową imitację pomiętej skóry i postanowiłem, że będzie to spódnica z dwóch kół, ze stopniowaną długością przodu i tyłu. AAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!! SZAŁ!!! Przedstawiciele ekipy zapałali entuzjazmem do pomysłu, a ja wziąłem się za planowanie proporcji i cięć. Jakiś czas wcześniej poznaliśmy się z Agą, która prowadzi Papavero i szukaliśmy pomysłu na jakąś wspólną akcyjkę. Na pewno już znacie tę stronę, a jeśli nie, to koniecznie poznajcie. Znajdziecie tam przede wszystkim szablony odzieżowe, ale także masę porad, instrukcji szycia, no i materiały oraz dodatki. To jest krawieckie od A do Z. Bez namysłu zadzwoniłem do Agnieszki podnosząc alarm:

– Aga! Jest gruba akcja! Śniadanióweczka wzywa! 

Aga wzięła się od razu za przygotowywanie szablonów, a ja zasnąć nie mogłem, tak się nakręciłem nowym projektem. Tymczasem wydawca DDTVN przespał się z wizją mojej spódnicy i rano zadecydował, że jednak to za trudne i zbyt mało świąteczne (oh noooł).

– Mamy nowy pomysł Janku. Chcielibyśmy żebyś uszył skarpetę świętego mikołaja, no taką amerykańską, na prezenty … – usłyszałem od organizatorki zajścia, z mieszaniną lekko naciąganego entuzjazmu i nutą rezygnacji w głosie, po drugiej stronie słuchawki.

WHAT?!? ŻE CO? Rany-ście-wy! Odebrało mi mowę. Jeszcze raz: ŻE CO? Czy ja dobrze słyszę? Ja tu odjazdową kreację planuję, chcę przyszpanować jaki to ja super projektant-łamane-na-nauczyciel-szycia jestem a oni mi skarpetą w twarz rzucają?! O nieeeee, to ja chyba focha strzelam! Nieee, tak być nie może! A w dupie to mam! Żadnego szycia nie będzie, nie będzie mi tu telewizja skarpetami rozporządzać, co to to nie! Moje ego śmignęło, że ho ho, zabraniając mi się na to godzić.

– O rany! Ale mnie to kompletnie nie kręci. Obawiam się, że to będzie widać, bo jak mnie coś nie kręci, to ja nie potrafię tego ukryć – zaanonsowałem w odpowiedzi, kiedy odzyskałem mowę.

” Ej Leśniaczku, wyluzuj! Pamiętaj, że masz szansę opowiedzieć o swojej nowej książce w dobrym czasie antenowym, w momencie kiedy zaczyna się szał poszukiwania prezentów. Podziękuj swojemu rozkosznie rozbuchanemu ego, przełknij skarpetę i do roboty” – pokorny rozsądek starał się zapanować nad moim wzburzeniem, a może trafniej byłoby powiedzieć: rozczarowaniem.  

– Daj mi chwilę, przemyślę to i dam znać. Bardzo chciałem pokazać tę kieckę, no ale w końcu reklama jest najważniejsza – przypomniałem sobie, aby podchodzić do tematu promocji książki profesjonalnie i nie nadymać się bez sensu.

– Ja rozumiem, ale wiesz Janku, musimy pokazać coś naprawdę prostego, co będzie w zasięgu możliwości naszych odbiorców – to był strzał w dziesiątkę! Tym jednym zdaniem przypomniano mi dla kogo ja to robię. Nie dla swojego ego, ale dla ludzi przed telewizorami. Chodzi o to, żeby telewidzowie, którzy być może nie mają nic wspólnego z szyciem, uwierzyli że mogą uszyć to, co ja pokazuję, no i żeby ich zagrzać do boju. W tej sekundzie skarpeta stała się o niebo bardziej sensowna niż szałowa kiecka. Dobra! Co ja mogę zrobić, żeby ta skarpeta była ładna, żeby to była zabawa? …? HAFT! No tak, to jest to, wyhaftuję na niej gwiazdki, będzie świątecznie, niebanalnie no i w ten sposób nawiążę do książki, w której o hafcie przecież opowiadam! Trzy minuty później oddzwaniam:

– Hej, to znowu ja. Haha, a tak, szybko myślę. Dobra, robimy tę skarpetę! Mam już plan.

– A masz dwie maszyny? Ula Chincz, z którą będziesz rozmawiał, chce szyć razem z tobą?

– No pewnie że mam! – o rany, nareszcie ktoś w tym TVN’ie kto lubi szycie, będzie zabawa!

Czyli będzie potrzebne więcej skarpet. Z czego je uszyć? I wtedy przypomniałem sobie o wspaniałych welurach tapicerskich drukowanych w renifery i o futerkach, które widziałem u Tkanin Karoliny. Telefon, Karola i Aga jak zawsze „na tak”:

– wpadaj dzisiaj, już tniemy!

Na zapleczu wygrzebałem jeszcze welur zadrukowany w swetrowy splot – co mogłoby lepiej imitować skarpetę niż nadruk wełnianych warkoczy? Ha, piękny zestaw. 

 

 

Kolejny telefon wykonałem do Agi z Papavero, żeby poinformować o nowych planach. Ona również szybko dostosowuje się do zmieniającej się rzeczywistości: 

– Szkoda kiecki, ale skarpetę też możemy zrobić. Wrzucę to jako gratis świąteczny.

– Super! A kiecką to się nie martw, na pewno ją ogarniemy. Ja ją muszę uszyć, bo mi po nocach spać nie daje. Wiem! zrobimy to jako karnawałową kreację, Marysia już tak to wystylizuje, że będzie iście zabawowo! No to mamy pomysł na nowy rok. 

Wszystko dopięte! Dziś w nocy wyhaftowałem skarpetę, napisałem scenariusz i zrobiłem zdjęcia. Przyznaje zajęło mi to 5 godzin, ale byłem nakręcony i zdeterminowany, aby zdążyć przed moim jutrzejszym lotem. Rano wsiadam w samolot do Londynu, gdzie spędzam weekend (aaa! To był kompletny spontan) i w nocy w niedzielę wracam, wtedy podepnę też link do formy z Papavero (Aga działa). Trochę nerwowy jest ten wpis, jak cały listopad i grudzień: biegam jak szalony między warsztatami, spotkaniami, nagraniami, fejsbukami, instagramami i akcjami charytatywnymi a na dokładkę kolejny raz się przeprowadzam! Znów w święta, to chyba staje się tradycją. Jednym słowem koniec roku, czyli czas przedświątecznej promocji książek i zamykania starych spraw. Ale plany na nowy rok już są i to WSPANIAŁE (szałowa kiecunia to jeno kropla w oceanie nowych pomysłów). Doczekać się nie mogę! Najpierw, po świętach, dwa tygodnie luzu i wracam do was z nowościami w styczniu 2018. Będzie się działo!

 

A teraz:

DRUGA HISTORYJKA

No i masz ci los. TVN’u nie było! A dlaczego? A bo utknąłem w Anglii! Niestety 10 cm śniegu w grudniu nie jest tam taką oczywistością jak u nas i lotnisko w Luton ma do odśnieżania tylko … uwaga … 3 koparki! A w samym Londynie autobusy dowożące pasażerów do lotniska po prostu nie wyjeżdżają na trasę. To oczywiście nie przeszkadza liniom autokarowym w sprzedawaniu biletów online i nie informowaniu przyszłych pasażerów o tym, jakże mało istotnym fakcie, że autobus na który kupujesz bilet i w pośpiechu gnasz na obrzeża miasta żeby się załapać, w ogóle nie opuścił bazy. Ach angielskie poczucie humoru. Po dwóch godzinach biegania po Londynie i próbach wydostania się z niego, nie wiedząc co się dzieje zatrzymaliśmy się z Kasią (którą odwiedzałem w tym Londynie) na zatłoczonym, wylotowym przystanku, marznąc w topniejącym śniegu i czekając na busa. Po godzinie podjechał jeden, ale na inne lotnisko. Patrzę a tu z niego wypada znajomy z dawnych lat i dzikim wzrokiem rozgląda się przerażony! Okazało się, że tuż przed przystankiem dostał info, że jego lot został odwołany, a on nie do końca wie gdzie jest i musi wrócić teraz do jakiejś mieściny pod Londynem. To dzięki niemu dowiedziałem się, że mój autobus w ogóle nie wyjechał na trasę, ponieważ Tomek ruszał z przystanku początkowego obydwóch i jego autobus był jedynym, który wystartował. Półtorej godziny przed odlotem samolotu, w desperacji po prostu zawołałem na tym przystanku:

– Hey guys! Anybody going to Luton? Want to share a cab? – taksówka droższa niż sam lot, więc warto rozbić cenę na kilka osób. Znalazło się kilka ekip, ale wypełnili po kolei trzy taksówki po brzegi beze mnie. Całe szczęście w końcu i ja znalazłem partnera. Wylądowałem w Uberze razem z przesympatycznym Armeńczykiem, który urodził się w Manchesterze, a w Londynie odwiedza swoją pakistańską narzeczoną, skąd właśnie miał zamiar wylecieć do swojej pracy w Genewie. Podczas podróży na lotnisko dowiedziałem się, że ceremonię zaślubin organizują w rodzinnym mieście jego wybranki w Pakistanie, w którym jak się okazało mieszkał kilka lat nasz kierowca, który z kolei urodził się w Afganistanie, wychował w Pakistanie a od 7 lat żyje w Londynie. Co więcej był zachwycony tym, że tak po prostu jesteśmy „strangers, którzy się poznali na przystanku i w chwili kryzysu razem wsiedli do taksówki, żeby było taniej”:

– this is very beautiful, people should help eachother like you did. 

Uwielbiam to, że Londyn jest tak różnorodny i w taksówce spotykają się ludzie z różnych stron świata, aby na moment stworzyć zwartą paczkę. Było tak sympatycznie i ciepło, że na chwilę zapomniałem o walce z czasem i rozluźniłem się. Dopiero korek przy wjeździe na lotnisko uświadomił mi, że za 45 minut stratuje mój „ride home”. Wypadłem z samochodu i puściłem się pędem przez zaspy odgarniętego śniegu w moich i tak już kompletnie przemoczonych butach. Wpadam na lotnisko a tam gigantyczna hala, która zwykle jest pusta, teraz wypełniona jest ludźmi po brzegi!!! Wszyscy się pospóźniali i do „security control” kolejka na milion kilometrów, a moje serce w gardle – jeszcze nigdy się nie spóźniłem na samolot! Wiecie co mi pomogło? ha! Moja oczojebna zielona kurteczka – puściłem się pędem na przełaj przez ludzi, pod linami, udając pracownika lotniska a dociekliwym tłumacząc w biegu, że mam odlot za kilka sekund! Aż w końcu wpadłem na jednego z tych prawdziwych pracowników, ubranego w nieco inny odcień zieleni, hahahaa. 

– Can you please help me! My plane departs is 30 minutes, could you move me to the front of the line? – Wybełkotałem drżącym głosem. Pan spojrzał na mnie i wskazał na kilka osób dzielących mnie od bramki

– If they don’t mind.

No to jeszcze raz dramatyczną wiązankę puszczam do pana na końcu, a wiedzcie że jestem hiper-emocjonalny drama-king, co nie dla każdego jest do przełknięcia. Pan ten ze stoickim spokojem odwraca się i spoglądając spod półprzymkniętych powiek pyta:

– what time?

– 17.30!!! (plus oczy kota szreka).

– same as me … Relax, you will make it – domknął powieki i odwrócił się ucinając dyskusję. 

Drepcząc w miejscu doczekałem się odprawy, aczkolwiek otuchy dodała mi myśl, że on się nie spieszy wiedząc jak mało czasu nam zostało. Hmm, nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się dzieje po drugiej stronie, on najwyraźniej tak…

Puściłem się biegiem w stronę hali odlotów, przedzierając się przez wyjątkowo gęsty tłum. O co chodzi – zwykle nie ma tu tylu ludzi? Wtedy zobaczyłem tablicę odlotów – przynajmniej połowa rejsów tego dnia nie wystartowała. W tym tłumie byli ludzie czekający nawet od 7 rano na swoje loty, patrząc w tę tablicę nieustająco tak, jakby wzrokiem mogli coś zmienić. Mój lot jakimś cudem był oznaczony jako „on time”… Cztery godziny później moje buty są już suche, a ja stoję pod tablicą patrząc w nią tak, jakbym wzrokiem mógł coś zmienić. Za oknami nic nie startuje a te trzy odśnieżarki smętnie snują się po gigantycznej płycie lotniska. Zimno, aczkolwiek temperatura wzrasta, bo ludzi ciągle przybywa, razem zaklinamy tablicę. Aż w końcu z głośników usłyszałem:

– coś tam coś tam chrrr, skrzzzzt, warsaw, grrrh, ssszuuum, zzziik , gate number six, grrrrhmmm zzss.

– Yes! – No to puszczam się pędem, niepewien czy dobrze słyszałem, jednak pewności dodaje mi tłum dziwnie znajomych twarzy, gnających ze mną w tym samym kierunku. Dookoła coraz częściej słyszę „Warsaw”, „Warszawa”, „tak mówili, a z której godziny lot?”, „are you going to Warsaw too?” itd itp.

Wtłoczono nas na wyjątkowo zimny fragment lotniska i kazano czekać. W tłumie czuć podniosłą nadzieję – „sto lat sto lat” chce się zaśpiewać – czyli jednak polecimy! Zaczynają się wesołe żarty, ludzie się poznają, okazuje się że większość tutaj do Warsaw, ci z rana, ci z południa i ci z wieczora. No tak, jesteśmy ocaleni, szykują już dla nas samolot. Juhuhuuu, Polacy, Anglicy, Nowozelandczycy, Hiszpanie, studenci, matki z dziećmi, pary i samotnicy – jak ja – wszyscy teraz jesteśmy razem, czekamy z rosnącą nadzieją, opowiadamy sobie po co lecimy do tej Warsaw, i co tam będziemy robić, wszyscy wspominają jak to kiedyś też mieli kłopoty z lotem, wywracają oczami. No ale już wszystko dobrze, odlecimy. Co jakiś czas na zmianę podchodzimy do pani Lotniskowej upewniając się że „not canceled” i „will fly” i „yes” w odpowiedzi słysząc „please sit and wait”.

Aż tu nagle leci plota po tłumie „canceled, canceled”, „odwołali” „no! Look at the board – it says wait”, „don’t trust the board!”, „not canceled” „it will come” „Yes wait”.

Coraz więcej zamieszania, każdy zaczyna pytać na własną rękę, panie Lotniskowe różnie reagują (współczuję im), za każdym razem podając inną informację. Tłum gęstnieje i powolutku frustracja z całego dnia, zaczyna puszczać!

– Ja już kurwa dwa bilety dzisiaj kupiłem! – krzyczy pan dres po kilku postojowych browarkach

– pls give us clear information – is it canceled or not? – krzyczy inny pan dres, co jednak chce się dogadać z obsługą lotniska

– where is someone from wizzair? – krzyczy pani w nienagannym koku, oburzona takim traktowaniem.

Głosy reszty się podnoszą! zaczyna wrzeć jak w ulu.

– I’m calling security! I’m calling security!! – latynoska Lotniskowa stara się zapanować nad tłumem. Zaczyna być kryzysowo.

Około 22.30 w tym ledwie uspokojonym tłumie pojawia się niepozorna hinduska Lotniskowa owinięta czarną hustą i obiecuje nam zorientować się co się dzieje. Po chwili wraca z dramatyczną prawdą – samoloty nie mogą wylądować, bo nie ma miejsca na lotnisku, ponieważ te z lotniska nie wystartowały, w związku z czym:

– All flights to Warsaw are canceled!

Trzeba samemu sobie „book another flight online” and „leave the airport”. Online oczywiście nie działa, bo całe lotnisko ludzi próbuje się wbić na ten online i przebukować loty. A do mnie dociera, że za chwilę będzie tak późno, że niczym nie dostanę się z powrotem do Londynu i czeka mnie upojna noc na lotnisku, bez perspektyw powrotu do Polski następnego dnia. Stwierdzam, że nie ma tu o co walczyć, choć są tacy co protestują i nie opuszczają lotniska, żądają pracownika linii lotniczych, płaczą, krzyczą, nie rozumiejąc, że tanie linie lotnicze w takiej sytuacji swoich klientów maja głęboko w dupie. Biegiem ruszam jako jeden z nielicznych do wyjścia i łapię jeden z ostatnich autobusów do Londynu, z którego odwołuję wizytę w DD TVN. Oczywiście dwa kilometry od Luton o śniegu nikt nie słyszał aaahahahahhaaaa. Kasia w międzyczasie na kompie sprawdza mi loty i okazuje się, że dopiero w środę jest coś, na co mnie stać. Ech, przymusowy urlop? Trudno. Zdarza się. Kiedy dotarłem o północy na Clapham, Kasia wręczyła mi kubek gorącej, korzennej herbaty z miodem. To była najlepsza herbata jaką w życiu piłem a z każdym łykiem czułem się coraz bezpieczniej. UFFF.

Niby zwykła sprawa, ale jakoś patrzyłem na nią jak na wielką przygodę, może to skutek uboczny pisania książek ;P ? Jedynie bolało mnie w tym wszystkim nawet nie to, że umknął mi lans w tvn’ie, ale to że ominęła mnie część kulminacyjna akcji Poducha od serducha, którą współorganizowałem z dziewczynami z grupy Szycie-Wykroje-Diy. W poniedziałkowy wieczór w warszawskiej Ultramaszynie spotykało się stado pasjonatów szycia, aby wspólnie szyć prezenty dla dzieciaków z domów dziecka – tak baaardzo chciałem tam być. A co gorsza tkaniny, z których mieliśmy szyć, odebrałem kilka dni wcześniej od Tkanin Karoliny, które nam je zasponsorowały. Przygotowałem je pięknie do spakowania na stole w moim mieszkaniu, do którego nikt oprócz mnie nie ma kluczy … Całe szczęście Ewka Ultramaszyna i Tkaniny Karoliny nie straciły zimnej krwi i dzięki nim akcja nie wzięła w łeb, zatem dzieciaki dostana prezenty! Yeah. 

Pisząc pierwszą część posta myślałem, że jest nerwowo, jak widać w międzyczasie ciśnienie skoczyło w górę. Obawiałem się, że utknę w Londynie na dłużej i nie zdążę na warsztaty i wykłady, które poprowadzę w ten weekend w Krakowie w Sapu. Przezornie kupiłem nowe bilety na linie LOT startujące z Heathrow, ufając że są to marki, które nie pozostawią mnie samemu sobie w przypadku komplikacji. Nie myliłem się – jestem już w Wawie i w pocie czoła odrabiam straty z ostatnich kilku dni. Dlatego posta publikuję w nocy! Haha. Ciekawy ten koniec roku. Trzymajcie się i do zobaczenia w styczniu!

WESOŁYCH ŚWIĄT!!!