Obrazek nagłówka

Ależ ambitny tytuł!! Ale takim smutnym westchnieniem zakończyła się moja rozmowa z Alicją, która będzie pisać artykuł o kursie, modzie, i tym nieszczęsnym DIYłamaneNAhandmade. Było to westchnienie dwóch osób, które obserwują jak rzemiosło upada na rzecz PR’u i mimo wszystko stawiają na rzemiosło, prawdę i dobry produkt, za którym stoi warsztat i serce, a nie kasa i PR’owe naginanie rzeczywistości.

Z Alicją poznaliśmy się na warsztatach, które zorganizowałem dwa tygodnie temu. Aby trochę rozreklamować kurs, razem z Dawandą stworzyliśmy konkurs, w którym uczestnicy wymyślali hasła na koszulki, a zwycięzcy mogli, na moich warsztatach, uszyć samodzielnie te koszulki i nadrukować na nich swoje hasła! To był ekstra weekend, bo było bujnie, kreatywnie i wesoło – Sami zobaczcie na zdjęciach poniżej :) W sobotę zestaw była niesamowity, była Aga z Dawandy aby doświadczyć warsztatów na własnej skórze i napisać relację, Diana, która wygrała konkurs, Alicja, która została zaproszona aby skrobnąć coś o warsztatach u siebie na blogu i Aga Oleksiewicz, zaprzyjaźniona projektantka – w ostatniej chwili jedna z uczestniczek konkursu odwołała udział w zajęciach, a ponieważ miał przyjść Michał, który jest fotografem, chciałem mieć komplet do zdjęć ;P hyhy no jak tu robić zdjęcia w pustej pracowni nie? I tak Aga w ciągu godziny się zebrała i dołączyła do nas.

Kilka godzin później dziewczyny wyszły nakręcone, ja równie nakręcony sprzątałem pracownie  marząc o tym, żeby zawsze tak było na zajęciach. Bo niesamowitą satysfakcję daje mi moment, kiedy widzę to zaskoczenie i radość na twarzach uczestników, kiedy okazuje się, że sami coś zrobili, i że to wygląda dobrze, często lepiej niż ciuch z sieciówki. Dwa tygodnie później Alicja mówiła mi, że była przekonana, że skoro sama to zrobiła, to wdzianko się rozpadnie za chwile, i była w siódmym niebie kiedy okazało się, że w praniu nic się nie zmieniło, bluzka nadal jest fajna a nadruk się trzyma !! No jednym słowem dobra robota!

To serwuję kilka ujęć i pod zdjęciami piszę już o spotkaniu z Alicją, bo po jej wyjściu miałem poczucie, że przypomniałem sobie, po chwilowym zagubieniu, co jest tam w samym środku mojego kręgosłupa. Nie obiecuje, że będzie krótko :) .

 

01

07

04

08

10

 

Aga i Alicja już „w naturze”

 

laski-in-nature

 

W niedzielę z kolei, były już głównie zwyciężczynie konkursu i zabawa była nie mniejsza, a Olga (ta co w szpilkach oddycha inaczej) przyjechała aż 300 km żeby wziąć udział w warsztatach!! Radość i duma!

 

Dobra to do rzeczy. Tym, których nie interesują moje przemyślenia odradzam czytanie dalszej części posta.

Przyznaję, że po wizycie w DDTVN troszkę mi adrenalina skoczyła. To było w piątek, a w sobotę i niedzielę prowadziłem warsztaty, które niesamowicie mnie nakręciły. I nagle zacząłem wierzyć, że wszystkie moje plany są do zrealizowania, ale drogę do tego zacząłem widzieć w znalezieniu dla siebie miejsca w tym „warszawskim światku”. Byłem po praniu mózgu zupełnie nieświadomie poczynionym przez kilka osób, które zapewne chciały dobrze, i jakimś cudem udało im się mnie przekonać, że jestem chłopcem z prowincji, który żeby sobie poradzić w tej warszawskiej dżungli potrzebuje ich przewodnictwa i mitycznych znajomości. Nagle okazało się, że jestem zachowawczy, powolny, że nie wykorzystuję szans i znajomości, a mógłbym TYYYLE osiągnąć. Tylko najpierw trzeba być znanym! Ojej. No i pomyślałem: dobra to będę cisnął, wbijał się gdzie się da i pokazywał jaki ja fajny jestem – o boże drogi!! Coś czego zawsze unikałem i wkurzało mnie obserwowanie innych, którzy swoją wartość budują na popularności, a nie na tym co na prawdę jest ich wartością! Pogubiłem się jednym słowem. Popularności nie mówię nie, ale może ona być skutkiem ubocznym tego, że coś się robi dobrze, w innym wypadku wydaje mi się pusta.

Dzięki bogu czuwa nade mną jakaś opatrzność, albo po prostu mimo ulegania wpływom, mam jednak silny kręgosłup i zawsze wracam do siebie. Po kilkutygodniowym szastaniu się i panice, bo czasu mało a ja mam tyle projektów do zrealizowania!! No i jeśli teraz przegapię szanse to koniec, trzeba korzystać. W końcu do mnie dotarło, że nie jest normalnym to, że jedyny wolny weekend w miesiącu mam poświęcić na pisanie scenariusza, drugą ręką przeglądając filmiki i szukając inspiracji do platformy na internecie, a nogą przygotowując się do warsztatów!! A moi znajomi, jeśli jeszcze jakichś mam, zapomnieli już jak wygląda moja twarz.

STOOOOOOP!!

I tu odwiedza mnie Alicja, żeby przeprowadzić rozmowę do artykułu. Gadaliśmy o pracy w korporacjach, o przysłowiowym i dosłownym „ubijaniu kotletów” w masówce. Okazuje się po raz kolejny, że praca przy masówce niezależnie od branży jest taka sama, robi się mnóstwo chały i czasem coś dobrego. Pamiętam jak kilka lat temu w SAPU wkurzałem studentów tłumacząc im, że z punktu widzenia biznesu nie jest istotne czy to ciuchy czy konserwy, inna technologia i inny marketing, sam produkt jest dziś mało istotny i na końcu chodzi o sprzedaż.

I tak Alicja zadając mi pytania zmusiła mnie trochę do spojrzenia wstecz, na rzeczy i doświadczenia, które już dawno wyrzuciłem z głowy i serca. Uświadomiłem sobie jaką drogę przeszedłem i do czego wróciłem. Pytała mnie o wykłady w Sapu, o pracę w firmach masowych, o fabryki w Chinach, Indiach i Bangladeszu, potem o kurs szycia, o trend Do It Yourself, Handmade i Repurposed, o jakość i o kichę, a na  końcu doszliśmy do starcia PR versus RZEMIOSŁO. Jejku a to wszystko takie pomieszane i niejednoznaczne jest. Każdy z tych aspektów ma dobrą i złą stronę, czasem trudno zająć jednoznacznie jakieś stanowisko. Jednak zobaczyłem, że są rzeczy co do których potrafię się określić:

– dziś nie mógłbym już uczyć „projektowania do produkcji masowej” – tak nazywały się moje zajęcia – bo po prostu w to już nie wierzę. Już nie potrafiłbym przygotowywać młodych projektantów do zmierzenia się z firmami i dużym biznesem, bo poznałem go na tyle, żeby stracić do niego serce.

– Co do Azji i produkcji tam, niektórzy się wkurzają, że masowe firmy wykorzystują biednych Azjatów, jednocześnie z radością kupując tanie ubrania i nie wiedząc, że dla kogoś tam, taka praca jest często lepsza niż jej brak – nie mówię oczywiście o ekstremalnych przypadkach, nagłaśnianych przez media, którym dziś trudno ufać, skoro wszystko się kręci wokół kasy, a kasa tym lepsza im lepszy szok, PR. Prawda i pełny ogląd sytuacji nie są dziś cennym towarem, to nudne i za długo trwa!

– ludzie powoli zapominają, że stworzenie czegoś to pracochłonny proces wymagający nakładów energii i czasu. Dziś ma być szybko, tanio, prosto i w rezultacie masowo. A pierwszy raz, kiedy poczułem, że kurs, który prowadzę ma może jakiś większy sens, to kiedy dziewczyna w jednej z pierwszych grup, po kilku zajęciach stwierdziła „oooo to teraz już rozumiem, czemu szycie na miarę jest takie drogie” – przy czym moim zdaniem wcale nie jest drogie, ale zapomnieliśmy już ze kiedyś to był luksus, i mało kto zadaje sobie trud uświadomienia sobie jaka praca i wiedza stoi za tworzeniem ubrań.

– rękodzieło, moim zdaniem jest nurtem, który zrodził się z autentycznej potrzeby. Ze zmęczenia powtarzalnością, z tęsknoty za indywidualnością, za potrzebą wyrażania siebie, ale też z naturalnej ludzkiej potrzeby tworzenia. Z jednej strony szybko podchwycony przez marketing, stał się kolejnym po ekologii masowym snobizmem, z drugiej strony dał szansę wielu utalentowanym twórcom na zarobek i zaistnienie, a z trzeciej zalał nas falą średniej jakości dekupażu  (celowo tak to piszę).

– i na koniec – wkurzam się kiedy widzę ludzi uważających za wyjątkowe rzeczy, które zostały dobrze rozreklamowane, wokół których stworzono dobrą ideologię,  za którą Ci ludzie płacą, a które bez PR’u są często zwykłe, a w niektórych przypadkach kiepskie.

I tu docieram do tytułu posta. Powolutku zamykają się szkoły, w których uczy się tak zwanego „fachu”. Specjaliści od rzemiosła znikają, podczas gdy mnożą się specjaliści od Pr’u, od popularności, od fajności i od wszystkiego co nie istnieje, co jest tylko słowami,  skojarzeniami, wyobrażeniami. Z dobrym marketingiem każde gówno się sprzeda, przepraszam za „gówno”, ale dosadnie oddaje to rzeczywistość. Rzemiosło chwilowo przegrywa z PR’em, ale myślę, że to tylko taki zakręt na sinusoidzie :) chcę w to wierzyć, bo ja lubię coś dobrze robić, a nie tylko dobrze o tym mówić. Nie jestem przeciwnikiem dobrego Pr’u – dla mnie dobry Pr to odpowiednie formułowanie prawdziwych treści, tak aby przekazywały prawdziwą wartość odbiorcy, jestem przeciwnikiem Pr’u ściemy i naginania rzeczywistości. Bo powoduje on, że coś, co na prawdę ma wartość oceniane jest przez klienta gorzej od rzeczy tej wartości pozbawionych.

Kiedy Alicja wychodziła, miałem poczucie, że po tym warszawsko-lansiarsko-tvnowym pogubieniu wróciłem do swojego mało popularnego nurtu: rób swoje, w swoim naturalnym tempie i rób to najlepiej jak potrafisz, w zgodzie ze sobą i bądź w tym autentyczny. Nic więcej nie trzeba.  Kiedy patrzę na dziewczyny na zajęciach, które czasem się jarają, czasem się wkurzają, to znów nakręcają, ale prawie zawsze się cieszą kiedy coś już uszyją, łapię poczucie, że warto ten kurs prowadzić. Bo niezależnie od nurtów, marketingów, Azji, masówki i mediów, rzemiosła i Pr’u to jest jakiś kawałek mojego świata, w którym dzieje się dobrze. W którym nie chodzi o oceny i zajmowanie stanowiska, tylko o działanie, o tworzenie dla przyjemności, bez zbędnych ideologii, bez popularności, PO PROSTU SZYJEMY!!

Przyjechałem do Warszawy żeby robić ubrania, kompletnie inaczej się poukładało moje bycie tutaj, ale z tyłu głowy wciąż mam swój cel i wiem, że kiedy przyjdzie na to pora, zrealizuję go. Jednak póki to kurs sam siłą rzeczy się rozwija, poświęcam swoją uwagę jemu właśnie. Kto wie dlaczego tędy, ale tędy właśnie moja droga prowadzi, a ja grzecznie sobie nią idę i ciekaw jestem gdzie mnie zaprowadzi.

dobranoc!

Bijuella 10 listopada 2014 o 13:43

Dobrze mi się czytało i bardzo podoba mi się pokora i skromność jaką masz do swojej pracy. Jestem początkującą szyjącą amatorką i cały czas doceniam cierpliwość i dokładność jakiego uczy mnie krawiectwo.


anna 11 lipca 2015 o 19:08

ale fajny, prawdziwy tekst