Obrazek nagłówka

Chcę dziś opowiedzieć o Szkole Artystycznego Projektowania Ubioru (w skrócie SAPU), w której uczyłem się swojego zawodu. Skąd taki post? Otóż na początku roku zorganizowałem w Krakowie kolejne „Spotkanie w kręgu szycioholików”, czyli drugi zlot szyjących influencerów właśnie w tej szkole.

Zlot miał być okazją do podsumowania akcji #wartośćszycia (klik) i zaplanowania dalszych działań. Kolejny raz stworzyliśmy przestrzeń, do wymiany doświadczeń między twórcami internetowymi związanymi z szyciem. Atmosfera była inspirująca i powstało mnóstwo pomysłów. Jednym z nich jest grupowy prfil na instagramie SEWING BLOGGERS POLAND (klik), na którym będziemy:

  • ogłaszać akcje takie jak Wartość Szycia,
  • prezentować wybranych uczestników tych akcji,
  • publikować najciekawsze artykuły z sieci związane z szyciem i jego kulisami,
  • polecać ciekawe profile i osobowości instagramowe z całego środowiska szyjącego.

Zachęcam Was zatem do śledzenia tego konta, bo wydaje mi się, że to będzie super źródło inspiracji, które wspólnymi siłami rozkręcamy.

 

 

Jednak dla mnie bardziej znaczący od samego zlotu okazał się „powrót na stare śmieci” a mianowicie do SAPU. Kto czytał moje książki ten wie, że kilka lat po ukończeniu tej szkoły wróciłem do niej w roli wykładowcy, aby przygotować kolejne pokolenie projektantów do zderzenia z rzeczywistością i komercją. Przez dwa lata prowadziłem autorskie wykłady i ćwiczenia z Projektowania do Produkcji Masowej. Znam zatem SAPU zarówno z perspektywy studenta jak i wykładowcy.

Ten powrót był mi bardzo potrzebny, szczególnie teraz, kiedy staram się zebrać na odwagę i wrócić do projektowania ubrań. Zapach farb olejnych, stukot maszyn do szycia, śmiechy uczniów, sale wykładowe, z których każda jest inna i jedna ciekawsza od drugiej, bo wszystkie wypełnione są pracami studentów – to wszystko przypomniało mi, że trzy lata nauki w tym miejscu były chyba najweselszym i najbardziej magicznym okresem w moim życiu.

Czułem dreszcze oglądając projekty i realizacje młodych projektantów – kompletnie nie skrępowana wyobraźnia i kreatywność. Poczułem zazdrość, pamiętam jak w trakcie nauki wykładowcy nam powtarzali „ Bawcie się, szalejcie w projektach, tu nic was nie ogranicza, potem przyjdzie rzeczywistość, gdzie trzeba będzie zarabiać pieniądze i myśleć komercyjnie. Teraz jest czas na eksperymenty – korzystajcie!”. Więc eksperymentowaliśmy ile wlezie. 

Jeśli ktoś kiedyś zastanawiał się, co znajduje się w tych kolorowych segregatorach na moich regałach, w tym poście pozna część ich zawartości ;)

 

 

Jeśli chcesz spróbować swoich sił w projektowaniu ubrań, ta szkoła jest idealnym miejscem do tego. Kiedy zdecydowałem się na nią, pod koniec lat 90-tych, kompletnie nie umiałem rysować i nie miałem bladego pojęcia o modzie i projektowaniu. Umiałem troszkę szyć na maszynie. Jako nastoletni hipis wszywałem sobie kliny do nogawek spodni i rękawów koszul, aby uzyskać dzwony. Lubiłem ubierać się inaczej niż wszyscy. Na tym moje relacje z „modą” się kończyły. Pomysł z tym kierunkiem studiów podsunęła mi mama, która zobaczyła jakieś połączenie między tymi klinami wszywanymi do spodni a projektowaniem ubrań. To był strzał w dziesiątkę.

Na podejście do egzaminów na Akademię Sztuk Pięknych w życiu bym się nie odważył, ponieważ nawet nie wiedziałem jak ołówek w ręce trzymać. SAPU jest szkołą prywatną, w związku z czym nie ma egzaminów wstępnych, ale płaci się czesne. To była dla mnie jedyna droga żeby temat projektowania w ogóle powąchać. Szybko okazało się, że mam do tego talent.

Opowiem Wam trochę o tym, jak wygląda nauka tego zawodu. Zanim pokażę Wam swoje pierwsze projekty przytoczę słowa Joanny Gaweł, która jest dyrektorką Krakowskich Szkół Artystycznych (w skład których wchodzi SAPU). Podczas obrony mojego dyplomu, przeglądając portfolio w którym zebrałem absolutnie cały swój dorobek, tak skomentowała zdjęcia moich pierwszych kolekcji i pokazów, jeszcze z pierwszego roku nauki w szkole:

„Panie Janku, każdy raczkował ale nie każdy pokazuje swoje zdjęcie w śpiochach”.

Uwaga bardzo słuszna, pomogła mi zrozumieć, że prezentując swoją twórczość lepiej skupić się na najlepszych osiągnięciach i niekoniecznie należy pokazywać swoje początki. Jednak tym wpisem chcę zachęcić każdego, kto być może jak ja kiedyś, boi się podejść do tematu projektowania, ze względu na brak zdolności rysowania. Dlatego pokazuję Wam moje rysunki i okropne pomysły z pierwszego semestru nauki:

 

 

Przede wszystkim bałem się kartki, postacie oprócz tego, że kompletnie nieproporcjonalne i barczyste, jakby przepraszają, że zajmują przestrzeń. A o pomysłach na ubrania nawet nie wspomnę – w mojej ocenie są straszne!

Dwa semestry zajęć z rysunku, malarstwa, kompozycji, rysunku żurnalowego, minimum 50 szybkich szkiców postaci tygodniowo i poprawa jest niezaprzeczalna (patrz niżej). Moja kreska stała się lżejsza, proporcje nadal były zaburzone (z tym nie poradziłem sobie nigdy) ale zdecydowanie przyjaźniejsze dla oka. Co najważniejsze nabrałem odwagi, przestałem się mieścić na kartkach z sylwetkami, a pomysły miałem coraz bardziej niespodziewane. Jak ta środkowa krynolina o krawędzi odwzorowującej linię brzegową Antarktydy i kaptur symbolizujący meteoryt, albo ta zielona sukienka z kolekcji inspirowanej kostiumem klauna. Nawet jeśli projektowałem coś prostego, było to wreszcie wysmakowane, jak ta dzianinowa sukienka z efektem ombre – to są rysunki sprzed prawie dwudziestu lat! Wtedy powoli zaczynałem czuć o co chodzi w modzie.

 

 

Pomimo, iż zawsze powtarzam, że projektowanie to nie rysunek, wiem że dla wielu osób chcących zając się projektowaniem ubrań, możliwość plastycznego zobrazowania swojej wizji jest ważna. Potwierdzam, że umiejętność rysowania się przydaje podczas prezentowania swoich pomysłów. Jednak warto pamiętać, że kartka papieru przyjmie wszystko, podczas gdy ubranie to materiał, sylwetka, struktura i ruch. Ale do tego szkoła też przygotowuje. Ćwiczenia projektowe z różnymi sylwetkami i coraz liczniejsze z każdym semestrem zadania, wymagające realizacji projektów, dawały nam pole do pracy z ciałem. 

Jak wyglądała nauka? Pierwszy semestr był czasem na rozbujanie wyobraźni przestrzennej, zerwanie z ograniczeniami, po to aby rozbuchać fantazję i rozbudzić wizję. Mnóstwo zajęć z malarstwa i rysunku, do tego struktury, kompozycja i tkanina. Pierwsze zajęcia z projektowania, historia ubioru i historia sztuki, plus oczywiście współczesność w modzie.

 

 

Malarstwo wspominam szczególnie dobrze, być może dlatego, że mój tata jest artystą i kiedy pokazałem mu swój pierwszy obraz, nic nie powiedział, popłakał się – to był najlepszy komplement jaki w życiu dostałem. Profesor Borowik uczyła nas od podstaw a z czasem stawiała coraz trudniejsze wyzwania. Kiedy pewnego dnia zbuntowaliśmy się i oznajmiliśmy, że mamy dość odwzorowywania rzeczywistości i chcemy malować swoje wizje i interpretacje. Ucięła to krótko:

„Żeby napisać poemat, trzeba poznać alfabet”, po tym grzecznie wróciliśmy do martwych natur i aktów. 

Jednak na drugim roku, kiedy byliśmy już bardziej rozwinięci, stawiała przed nami coraz ciekawsze i coraz trudniejsze zadania. Najgorsze ćwiczenie ever to był hiperrealistyczny malunek szklanego spodeczka, jeden ze spodkiem wklęsłym, drugi ze spodkiem wypukłym! Natomiast moim ulubionym ćwiczeniem było malowanie kopii. Nie wiem czy wiecie, że kiedyś malarstwa uczyło się tylko w ten sposób. Ma to sens, ponieważ próbując odwzorować obrazy mistrzów, musisz wgryźć się w ich sposób myślenia, nakładania farby i pracy z kolorem, co bardzo poszerza horyzonty. Ja wybrałem obraz „Matka i córka” Egona Schielego, który jest moim ulubionym malarzem ( moja kopia to ten czerwony pod spodem). 

 

 

Dzięki ogromnej ilości zajęć z Rysunku z zawsze wesołym i gadatliwym profesorem Karwackim i dzięki masie namalowanych obrazów, każdy student miał okazję znaleźć swój styl, swoją kreskę i wyćwiczyć rękę. 

Każdy semestr kończył pokaz. Po pierwszym półroczu projektowaliśmy ubrania z papieru. Chodziło o zabawę, eksperymenty i budowanie form przestrzennych bez użycia maszyny do szycia. W drugim semestrze zaczyna się powolne sprowadzanie wizji na ziemię, do wymienionych zajęć dołączyły konstrukcja i technologia (czyli szycie). Coś co nie każdy projektant ceni, jednak dla mnie to były najważniejsze zajęcia oprócz projektowania, ponieważ dawały mi narzędzia do realizacji pomysłów. Drugi semestr kończył pokaz niesamowity, w którym mieliśmy za zadanie zmierzyć się z nietypowymi tworzywami (ja zrobiłem prościutką spódnicę i stanik z patyczków do uszu).

A tu ciekawostka – jak myślicie jak wygląda kartkówka z historii ubioru? Dostawaliśmy fragmenty rycin i musieliśmy rozpoznać jaki typ ubrania przedstawia rycina, dorysować brakującą część i opisać szczegóły danej mody. No cóż dostałem DST. O historii ubioru zdecydowanie lubiłem słuchać i czytać ale niekoniecznie zapamiętywać ;)

 

 

Drugi rok przyniósł nam znacznie więcej zajęć z projektowania. Projektowaliśmy po kilka kolekcji tygodniowo, w każdej między 8 a 12 sylwetek. Zaczęliśmy zajęcia z projektowania kostiumu teatralnego, biżuterii, nakryć głowy i obuwia. To dzięki tym ostatnim do swojej kolekcji dyplomowej mogłem nie tylko zaprojektować ale i własnoręcznie wykonać buty.

 

 

O rany! Wtedy nie było dla nas rzeczy niemożliwych, liczył się cel i nie było przeszkód nie do pokonania. Kiedy o tym piszę uświadamiam sobie jak dużo się zmieniło we mnie – wtedy ja i moje koleżanki z roku, jako twórcy byliśmy nieustraszeni. Bardzo często razem pracowaliśmy nad zadaniami do szkoły, zżyliśmy się niesamowicie i nabraliśmy pewności siebie. Niesamowicie motywujące jest przebywanie wśród kreatywnych ludzi, którzy dzielą pasję i ufają sobie. I co chyba najważniejsze szkoła nauczyła mnie przyjmowania krytyki.

Podczas przeglądów pracowni i oceniania projektów wszystkie prace rozkładaliśmy przed całą grupą. Były one oceniane i komentowane przez wszystkich – bez taryfy ulgowej. To zmuszało każdego do wyjścia z cienia, ale też uczyło słuchać opinii innych, które z czasem nawet najbardziej wrażliwi przestawali brać do siebie. Nawzajem siebie motywowaliśmy do rozwoju, ale też inspirowaliśmy się. Myślę, że w dużej mierze, to dzięki tym przeglądom, potem świetnie sobie radziłem podczas prezentacji swoich kolekcji przed działem sprzedaży i przed klientami w sieciówkach.

Szkoła przygotowując nas powoli do dyplomowych kolekcji wprowadzała kolejne zajęcia. Pojawiła się sztuka prezentacji i fotografia – niektórzy z Was pewnie nawet nie pamiętają, że kiedyś zdjęcia robiło się na kliszy i do dyspozycji było tylko 12, 24 lub 36 klatek. Efektu nie było widać od razu. Uczyliśmy się wywoływać te klisze i naświetlać własnoręcznie zdjęcia w ciemni. Świetna zabawa, a czasem w prześwietlonym papierze fotograficznym można było zobaczyć idealny odcień różu na sukienkę.

 

 

Bawiliśmy się nie tylko projektowaniem ale też technikami prezentacji, powoli przygotowując się do budowania portfolio. Na koniec drugiego roku szkoła zorganizowała dla nas największe wyzwanie w całym okresie nauki. Pokaz SURÓWKA – PRACA Z FORMĄ. Do dziś to jest moje ulubione ćwiczenie – mieliśmy zaprojektować kolekcję z surówki bawełnianej, bez dodatków, bez koloru, tylko i wyłącznie forma. Na pokaz realizowaliśmy wybrany projekt. W tej kolekcji zaprojektowałem jedną ze swoich najlepszych sukienek – to ta pierwsza poniżej. To ćwiczenie wśród wielu budziło opór – jak tu projektować bez koloru i dodatków. Pamiętam jak stałem w tłumie patrząc na swoją sukienkę na wybiegu a obok Pani Joanna Gaweł wyjaśniła skąd pomysł:

„Im więcej ograniczeń, tym większa kreatywność się budzi” 

Tak! Dokładnie tak. Zrozumiałem to kilka lat później pracując w markach masowych, gdzie od ograniczeń się roiło. To tam nauczyłem się doceniać w projektach detale i subtelne posunięcia. Zrozumiałem, że moda nie musi być dziwaczna i koniecznie „INNA”. Może być funkcjonalna i prosta, bo nawet w najprostszych rzeczach jest coś do zaprojektowania. To jednak było kilka lat po pokazie, a projektując kolekcję z surówki dopiero zaczynałem rozumieć, że potrafię i lubię bawić się formą. 

 

 

Piąty semestr w całości poświęcony był pracy nad kolekcją dyplomową. Projekt, realizacja, sesja zdjęciowa, prezentacja, dokumentacja techniczno-technologiczna, portfolio i na koniec obrona. To było pół roku biegania z projektami i prototypami między szkołą, sklepami a maszyną do szycia. Każdy z nas miał wsparcie wybranego profesora, jednak za realizację swojej kolekcji każdy odpowiadał we własnym zakresie. Zależało nam na tym, żeby załapać się na pokaz dyplomowy, aby od niego rozpocząć swoją podróż w nieznane odmęty rzeczywistości. Bardzo lubię moje  robocze rysunki z dyplomu, ponieważ widać w nich proces twórczy.

 

 

W kolekcji dyplomowej każdy chciał pokazać, że ma bujną wyobraźnię. Swoją zatytułowałem „POZIOM STERYLNOŚCI”, ze względu na zimną kolorystykę i mocno skonstruowane formy. Dziś patrzę na swoje projekty z sentymentem i z przymrużeniem oka, szczególnie na kurtkę z pięcioma kraterami wzdłuż kręgosłupa. Byłem z niej bardzo dumny – zimny prysznic przyszedł podczas pierwszych przymiarek do pokazu dyplomowego. Modelki ochrzciły ją „smokiem wawelskim”, wtedy pierwszy raz zderzyłem się z opinią klienta. To była jedyna rzecz, której nas w szkole nie uczono, a może nas uczono, a ja po prostu byłem na to odporny? Kim jest KLIENT i jak z nim pracować! To dlatego kilka lat po ukończeniu szkoły, kiedy nabrałem doświadczenia w projektowaniu dla klienta masowego wróciłem do szkoły, aby podzielić się nowo nabytą wiedzą ze studentami. 

 

 

Dziś z perspektywy czasu uważam, że moja kolekcja dyplomowa była zabawna ale dosyć „kanciata” i bardzo „studencka”, nie było w niej zrozumienia mody i rynku. Całe szczęście, pomimo tego, dostałem pracę w zawodzie i to dało mi mnóstwo okazji do zrozumienia, czym jest moda i praca z klientem. Zebrałem trochę batów (o czym, piszę w drugiej książce „Jak szyć spódnice i sukienki”) ale dzięki temu moje projektowanie nabrało smaku i ogłady. Kolekcja, którą stworzyłem zamykając okres pracy w markach masowych, była zdecydowanie bardziej dojrzała niż dyplomowa.

 

 

Zamykając temat SAPU powiem Wam, że w liceum byłem beznadziejnym uczniem. Potrafiłem wagarować miesiącami i na świadectwie maturalnym mam mierny nawet z WF-u. Nigdy nie zapowiadało się na to, że do czegokolwiek się nadaję. Tymczasem w SAPU nastąpił zwrot o 180 stopni. Moi rodzice nie mogli uwierzyć, widząc jak całe noce siedzę nad kartkami i kredkami, jak czytam o historii ubioru i jak bardzo jestem zaangażowany w naukę.

Okazało się, że jestem artystą! To talent, którego nasz system edukacji ani nie wspiera, ani nie traktuje poważnie. Całe szczęście, kiedy my artyści wydostajemy się, po koszmarze matury, z tych struktur, pojawiają się przed nami takie możliwości jak SAPU. Po 40% opuszczonych lekcji w ostatnim roku liceum, w mojej nowej szkole nie opuściłem ani jednej godziny zajęć. Tak to wyglądało, kiedy wreszcie znalazłem coś, co miało dla mnie sens.

Ps. I nigdy w życiu nikt nie zapytał mnie o oceny z matury ;)

Na zakończenie dodam tylko, że kompletnie nie spodziewałem się, że moje życie potoczy się w kierunku nauki szycia i odejdę od projektowania na tak długo (to już 5 lat). To, że zacząłem uczyć szycia było przypadkiem i do dziś biję się sam ze sobą, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie:

Czy szycie jest tylko przypadkową, boczną ścieżką na drodze mojego życia zawodowego?

Czy raczej przez przypadek trafiłem na to, co powinienem w życiu robić?

 

 

Za tydzień rozpoczynam prace nad nową książką o szyciu. Jak zawsze będę się bardzo starał, aby każdy znalazł w niej coś dla siebie, zarówno początkujący laik jak i doświadczony szyciomaniak. Będą instrukcje szycia i będą historie :) będą kolory, będzie mam nadzieję humor. Zajrzyjcie na instagram, gdzie będę relacjonować kulisy powstawania książki i zapraszać Was do współtworzenia jej treści. Ta książka jako trzecia zamknie cykl. Zobaczymy co przyszłość przyniesie.

Kolorowe segregatory na regale nie pozwalają mi zapomnieć, że mój największy talent leży pokryty kurzem i mnie wzywa! A ja wciąż boję się za tym zewem pójść. Wizyta w SAPU zdmuchnęła wierzchnią warstwę pyłu i przypomniała mi, że projektowanie wciąż w sobie mam, wystarczy tylko sobie na to pozwolić.

AMEN. LEŚNIAK OUT.